Menu

Klucze woźnego

brzęczą

USA dożylnie

meningitis

Otóż dziś zażyłem kultury. Ale żadne tam egzaltowane opery, żadne przeintelektualizowane przedstawienia w teatrze w stroju wieczorowym, żadne tam filharmonie i nudne koncerty fortepianowe na dwie godziny czy inne sranie w banie, nie nie, byłem na WWE, czyli takim post-teatrze, czy może post-dramie o amerykańskim rodowodzie, której sednem są umięśnieni mężczyźni (oraz kobiety) w spandeksie, którzy udają, że okładają się po twarzach, a potem ktoś wygrywa. No, w każdym razie, coś w tym stylu.

Na początku wydawało mi się, że oto właśnie strzaskano moje dzieciństwo, ponieważ dzieciństwo moje przypadało na najlepszy czas w ludzkości, to jest najpierw koniec lat 80., a potem ciężkie i oleiste lata 90., gdzie właśnie - gdy już rodzice nabyli kolorowy telewizor - pojawiło się coś takiego jak kablówka, a na niej wszelakie Hulki Hogany, Stingi, Undertakery i inne indywidua, które okładały się po twarzach i nosiły ciasne kombinezony albo takie dość spektakularne majty. Te niezwykle cenne wspomnienia z wczesnej młodości na początku nie wytrzymały zderzenia ze smutną rzeczywistością marnie markowanych ciosów i kiepsko wyreżyserowanego widowiska. A przynajmniej tak myślałem podczas pierwszej walki, wstępnego aktu tego dramatu. A w zasadzie to myślę, że to był tylko prologos. Bo później było znacznie lepiej, no może nie żebym zaraz krzyczał i chciał dotknąć jakiegoś spoconego ramienia (ci szczęśliwcy byli tuż pod ringiem), ale ogólnie nieco się wkręciłem w te podawane dożylnie Stany Zjednoczone.

Otóż bowiem tak jest: WWE to jest destylat ze wszystkiego co amerykańskie, który podaje się jednocześnie dożylnie, per os i pod powiekę. I mam wrażenie, że w niektórych momentach to też per rectum leci taki czopek pełen gwiazd, pasków i dolarów.

Bo najpierw jest banda facetów w spandeksie, potem rockowy kawałek, potem faceci w spandeksie, potem filmik o dziecku chorym na raka, potem możesz kupić bransoletkę z której coś tam idzie na inne chore dzieci, potem znowu spandex, rock, a potem śpiewana reklama, że WWE zajebiste, kup abonament za najn najty najn, szmato, a potem podziękowania dla Warszawy.

A w końcu, po przerwie na papieroska, siusiu oraz bransoletkę z dzieckiem etc., przyszła pora na dżender, bo jest w WWE, drodzy państwo, dżender i dżender ten jest bardzo fajny, bo po pierwsze panie momentami lepiej napierdalają (pl. markują ciosy) się niż panowie, po drugie są ubrane tak samo, to znaczy spandex jest tylko w kluczowych miejscach i właśnie jedno takie kluczowe miejsce oglądaliśmy i szczerze mówiąc nie bardzo pamiętam, co się później działo, bo najpierw odmłodniałem o lat co najmniej kilkanaście, a potem po małym wylewie straciłem połowę wspomnień z dzieciństwa. W każdym razie odkochałem się i już nie kocham tej rzeźby z paryskiego Musee de l'armee.

Pamiętam jak przez mgłę, że finał wygrał facet, który nazywał się Roman. No błagam. Naprawdę? Nie wiem kto mógłby szanować wrestlera o imieniu "Roman". Ale Widownia nie zawiodła, tak w ogóle, jak i podczas finału, choć widać, że nie zna Czechowa.

Otóż jeśli jeden wrestler postawi stół, a potem się mocują i szarpią w drugim narożniku, to nie ma co krzyczeć, że ojej! uff, podniósł się, nie ma co włosów rzedniejących kępkami rwać, pięści oskarżycielsko wznosić, bo przecież prędzej czy później ktoś pofrunie i się ten stół rozpierdoli.

© Klucze woźnego
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci