Menu

Klucze woźnego

brzęczą

Kroniki umierającego Mokotowa

meningitis

15:27

Świat skończył się o 15:27. Zupełnie jak w remake'u "Świtu żywych trupów". Znaczy nie do końca identycznie, ale też o jakiejś losowej godzinie. Na tym polegał cały zamysł: bodaj o szóstej z minutami zombie-dziewczynka zaatakowała swoich rodziców. Taki zwyczajny moment, bez specjalnego pierdolnięcia.

15:28

No więc świat się skończył blisko wpół do czwartej. Komputer przygasł ze smutkiem. Pierwsze co pomyślałem: kurwa mać, znowu kapciem wyłączyłem listwę. Ale nie. Przełącznik był na jedynce, a mimo to prądu nie było. Ale przecież rachunek zapłaciłem, i to w terminie. Posiedziałem chwilę bez sensu, po czym stwierdziłem, że pójdę kupić sobie słodką bułkę w ramach nagrody. Nie wiem za co, ale lubię dawać sobie nagrody bez powodu. Na klatce schodowej rozejrzałem się trwożliwie, a potem pstryknąłem przełącznikiem. Ha! Czyli to nie tylko u mnie. Odetchnąłem.

15:31

W sklepie osiedlowym było ciemno. Zaniepokoiłem się. Czyli prąd musiało wywalić nie tylko w moim bloku. Pracownicy chichrali się jeszcze, że teraz będzie postapokalipsa i ludzie będą się zjadać i szabrować. Zignorowałem ich metadyskurs i poszedłem po bułkę. Niestety, gdy tylko wróciłem do kas, okazało się że padły w nich baterie. Personel wyprosił nas grzecznie na zewnątrz i zamknął drzwi. Na szczęście nieopodal znajdował się bazarek, na którym ostatnio otworzyła stoisko taka fajna piekarnia.

15:33

Pierwsze o co zapytałem po wejściu, to czy działa kasa. Znudzone, ale rozbawione jeszcze (jeszcze!) panie powiedziały, że tak, więc w końcu kupiłem sobie bułkę z rabarbarem. Bo ja strasznie lubię bułki z rabarbarem. Potem pogadaliśmy chwilę o tym, że jak nie ma prądu to w sumie jest przesrane i że dowiedziałem się, jakoby nie było go w całym kwartale. Rzuciłem nonszalancko, że przynajmniej kuchenkę mam gazową, więc śmierć głodowa mi nie grozi. Gdy to mówiłem, uliczką przemknął na sygnale samochód z napisem RWE. Wyszedłem na zewnątrz i zapaliłem papierosa.

15:35

Pojawiły się pierwsze szczeliny w strukturach społecznych. To dość spokojna okolica, a nie wiedzieć czemu, nagle na ulicy pojawiła się banda dresiarzy. Facet z bazarowego stoiska AGD kurwił na czym świat stoi i próbował się dowiedzieć, czemu nie ma prądu. Obok pan Arab (a może pan Hindus?) kurwił przez telefon w swoim macierzystym języku. Arabski ma trzy (czy nawet więcej) różne wymówienia "h", więc jeśli mają brzydkie słowa z takimi głoskami, to daje niesamowite możliwości.

15:38

Beznogi menel strasznie krzyczał. Nie sprzedali mu kolejnego piwa, bo przecież główny wodopój zamknięty, a w spożywczaku wysiadły baterie w kasach. Dresiarze dzwonili gdzieś telefonami. Znowu usłyszęliśmy syrenę.

15:39

Uliczką przejechał samochód RWE. Jakiś starszy pan ze stoiska z wędlinami rzucił się za nim w pościg ze szlachetną "kurrrrrrwą" na ustach. Gdy samochód mu zwiał, pan rzucił wściekle wytartą czapką-bejsbolówką o ziemię. Jeden z dresiarzy schował telefon do kieszeni i psiknął sobie w usta srebrnym sprejem.

15:41

Gdy samochód przejeżdżał po raz trzeci, byli już przygotowani. Zresztą ci idioci nawet nie wiedzieli, że to już koniec, że ten kawałek miasta jest stracony. Dresiarze stali na ulicy i gdy auto z elektrykami zahamowało, rzuciła się na nich reszta. Starszy pan, dwóch dresów i Arab z kebaba. Najpierw ich skopali, a potem - gdy ci od naprawiania prądu byli nieprzytomni - zaczęli ich zjadać. Starszy pan najbardziej jarał się podrobami. Nic dziwnego, zawód zobowiązuje.

15:43

Przypomniało mi się z tego wszystkiego, że miałem kupić jakiś szampon, bo mi się skończył. Przespacerowałem się więc za ulicę, na której były roboty drogowe. W niektórych mieszkaniach już się dymiło. Grupy dresiarzy przemykały alejkami, poubierane w jakieś przedziwne zestawy ubrań zajumanych z pobliskiej Szmizjerki. Jeden ciągle wrzeszczał, że jest ajatollahem rock and rolla. Poszedłem kupić ten szampon.

15:50

Pani w drogerii była zdziwiona tym, że padła elektryczność. U nich prąd działał, choć jak zażartowałem, że to dobrze, to powiedziała, że dla niej niekoniecznie. Pewnie. Jak u nas w drukarni coś się w maszynie zesrało, to też się cieszyliśmy że chwila wytchnienia od tyry.

15:52

Przed przejściem dla pieszych stał tłum milczących ludzi. Dołączyłem do nich. Gdy światło zmieniło się na zielone, ledwie zrobiłem krok, a ktoś złapał mnie za ramię.
- Panie, co pan?! - syknął mi do ucha jakiś dziadek.
- W czym problem? - zapytałem grzecznie.
Dziadek spojrzał na mnie jak na wariata i z niepewną miną puścił moje ramię. Przeszedłem przez ulicę. Było już nadzwyczaj cicho. Bazarek na rogu opustoszał. Na chodniku walały się tylko kawałki topinambura. Szmizjerka była pusta. Sklepy pozamykane. W oddali usłyszałem huk, a potem zobaczyłem jak dwa bloki dalej w niebo unoszą się zawadiacko kłęby ciemnego dymu. Tak sobie pomyślałem, że to prawie jak u Byrona, a w zasadzie u Mickiewicza, bo to Mickiewicz tłumaczył Byrona: Znikły chmury - to dawne ciemności narzędzie/ stało się niepotrzebnym - ciemność była wszędzie. No tylko kurwa mać jaka ciemność, jak dopiero czwarta po południu.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • onikra

    Spoko, spoko, dzisiaj nad Polską ma być widoczna zorza! Jakaś burza magnetyczna się zbliża :-) Może być widowiskowo. Tak, to mogłoby tak wyglądać, padnie prąd, internet i apokalipsa fejsbukowych dzieci jak nic ;-)

  • meningitis

    To wpis tak naprawdę sprzed paru dni. Ale jak padł ten nieszczęsny prąd, to naprawdę ludzie powariowali! ;)

© Klucze woźnego
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci